|
Homilia
W tym roku, kiedy rozpoczęliśmy w kościołach Wielki Post przygotowujący nas do przeżycia uroczystości paschalnych, nawołujący do pokuty, równocześnie rozpoczęła się intensywna, publiczna debata nad jedną z poważnych plag narodowych: pijaństwem i alkoholizmem. Radzą nad uzdrowieniem narodu, wszyscy wspólnie, jak wczoraj widzieliśmy w telewizji: lekarz, psycholog, socjolog, milicjant i ksiądz. Ta plaga – obok innych bardzo poważnych, jak narkomania, rozwody, zamachy na życie nienarodzonych – odsłania niziny moralne człowieka. Obok szczytów są niziny i dno.
Można i trzeba pytać, jak wyjść z tego dna, ale także trzeba pytać, jak do tego nie dopuścić i dlaczego tak jest. Wszak wszyscy wiemy, że to problem stary i nie tylko polski. Ale nasz także. I my za nasz odpowiadamy. Kiedyś Ignacy Krasicki pisał:
Trunkiem się wielkie dusze upodlały:
Leszków i Mieszków on na złe przemienił,
Bolesław, z męstwa okrzykniony Śmiały,
Miodem kijowskim cnoty wykorzenił (...)
Każdy w pijaństwie dziwne rzeczy broił,
August zaś Polskę do reszty rozpoił.
Już nie wiedział Krasicki, co było dalej, bo umarł w 1801 roku. Ale to trafne sformułowanie, że trunek „przemienia na złe”, jest tak bardzo po linii czytań z pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, kiedy liturgia rysuje nam obraz kuszenia Chrystusa przez szatana. Kto idzie za podszeptem Złego, biorąc choćby i trunek – bo należy on do arsenału prawdopodobnie księcia tego świata – ten „przemienia się na złe”. Dzisiaj czytaliśmy o Przemienieniu Pańskim.
A więc jest problem: problem, który lokalizuje się pomiędzy tym, co prowadzi na niziny i tym, co prowadzi na wyżyny. Dobrze, że te dyskusje są prowadzone. To tak jakby cywilne rekolekcje. Ale kiedy w kościele poruszamy ten problem, idziemy dalej niż ci, którzy zajmują się psychologią, socjologią czy nawet filozofią alkoholizmu: szukamy przyczyn i ukierunkowań, które są poza zamkniętym układem. Cóż z tego, że będziemy mówić szczegółowo o tych wszystkich drobnych zagadnieniach: czy prohibicja, czy kartki, czy zabronić czy wstrzymać, czy wychować. Spór o szukanie wyjścia idzie o wiele głębiej. Posłużmy się w tej chwili innym obrazem, ilustracją: żeby wyleczyć z nerwicy, nie wystarczy ani pigułka, ani system analiz czy rad, tylko trzeba wyjść poza zamknięty układ człowieczych sensów i – jak to Viktor Frankl sugerował – odkryć nadsens. Daje go der unbewusste Gott, Bóg nieuświadomiony, który drzemie gdzieś wewnątrz czy zewnątrz nas, do którego trzeba dojść, niejako obudzić Go i poddać się pod Jego panowanie.
Wszyscy pochodzimy z rodzin chrześcijańskich i chyba większość naszego narodu jest ochrzczona. A więc ktoś zatroszczył się o to, aby początek ludzkiego życia był spięty z Bogiem. Potem był dom, który ukształtował lub nie ukształtował to, co zostało na chrzcie zaszczepione. Albo przygotował człowieka do wchodzenia na szczyty, albo go zostawił samemu sobie i ten stacza się teraz ku nizinom i degraduje się, zagubiwszy gdzieś po drodze sens i nadsens.
Pamiętamy nasze domy, domy naszego dzieciństwa i znamy domy dzieciństwa naszych dzieci. Wśród wielu pytań, które dzieci zadają, wśród tysięcy pytań dziecka jest i to: „Gdzie jest Bóg? Ja chcę zobaczyć Boga”. Jakie dawaliśmy dziecku na to pytanie odpowiedzi? Jakie odpowiedzi dali nam na to pytanie rodzice? I kto wie, czy geneza wszystkich ludzkich degradacji nie rozpoczyna się właśnie od tego momentu. Co znaczy zobaczyć Boga? Czy my dzisiaj, my ludzie dorośli, sobie to pytanie zadajemy?
Widzieć Boga, doświadczyć Boga! Biblia mówi, że człowiek „nie może oglądać oblicza Boga i pozostać przy życiu” (Wj 33, 20). Ale kto czyta Biblię od początku do końca, zauważył, że każda teofania, czyli zjawienie się Boga – Abrahamowi, Mojżeszowi, Eliaszowi, czy innym prorokom – było zawsze tak przygotowane i dokonane, aby objawiająca się Chwała nie doprowadziła człowieka do śmierci: Bóg nie odsłonił żyjącym swojej twarzy. Kiedy się objawił w Jezusie Chrystusie, to też – wiemy – w przedziwny sposób: w obliczu (J 14, 9) i w życiu (J 14, 10-11) Syna Człowieczego, począwszy od teofanii zwiastowania, gdzie ingerował w życie Maryi, poprzez objawienie przy chrzcie i to, które dzisiaj w Wielkim Poście sobie przed oczy przedstawiamy, objawienie na górze Tabor, Górze Przemienienia.
To wciąż jeszcze objawienie niepełne – jakby odbity promień, a Słońce jeszcze w cieniu. To dopiero te pierwsze promienie wychodzące gdzieś zza wzgórza, które przenikają przestrzeń. I tak jak na obrazie przemienienia znanym z galerii sztuki dwie warstwy ludzi: na górze Chrystus, Mojżesz i Eliasz w sferze światła i w sferze przystosowanych oczu do widzenia Boga, bo już są po drugiej stronie - a na dole Apostołowie przerażeni, oślepieni, niewidzący, choć wiedzący, że Jezus Chrystus jest tym miejscem, gdzie się przecinają świat Boski i ludzki, bo jest Bogiem i Człowiekiem. Te dwie podstawy, dwie reakcje mówią wyraźnie, co ziemianie mają do przekroczenia, chcąc odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie jest Bóg i co to znaczy zobaczyć Boga.
Jeśli wnikliwie wsłuchiwaliśmy się dzisiaj w tekst Mateuszowy, zauważyliśmy, że Tabor to nie tylko góra objawienia Jezusa Chrystusa jako Boga, ale Tabor to przede wszystkim góra objawienia Trójcy Przenajświętszej. To właśnie Chrystus, jak przed chwila powiedziałem jest tym promieniem Ojca, Słowem Ojca – przez Niego działa w świecie Duch Święty: przebóstwia ludzi, którzy przechodzą z owego niższego poziomu na wyższy poziom by zobaczyć niebiosa otwarte i Boga.
To Duch Święty, którego Jezus Chrystus zesłał po swoim zmartwychwstaniu, woła nas wszystkich ku Bogu jak dzisiaj widzieliśmy w powołaniu Abrahama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę” (Rdz 12, 1). I proszę dobrze słuchać: „Abraham udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał” (Rdz 12, 4). To Duch Święty, który od chrztu jest w nas – a jeśli zgrzeszyliśmy, przez sakrament pokuty wraca do nas, by w naszym wnętrzu pracować – mówi nam, jaka jest droga, którą mamy iść, bo Pan nam taką drogę wyznaczył. Jeśli pójdziemy własną drogą, możemy zejść ze szlaku na manowce a nawet stoczyć się w przepaść.
Duch Święty prowadzi nas do Chrystusa. Tego, o którym Paweł dzisiaj mówi, że „przezwyciężył śmierć, a rzucił światło na życie i nieśmiertelność przez Ewangelię” (2Tm 1, 10). Jeśli idziemy do Chrystusa i z Chrystusem, idziemy drogą pewną. A jeśli nie idziemy drogą Chrystusa, schodzimy na drogę niepewną. Ale być może, że i tu czasem dopadnie nas światło Ducha Świętego i Bóg objawi nam swoje miłosierdzie i „ocali nasze życie od śmierci – jak to dzisiaj było w psalmie powiedziane – żywiąc nas w czasie głodu”. Bóg, który w misterium Przemienienia objawia nam, kim jest.
Kiedy zastanawiamy się w Wielkim Poście nad naszym życiem i nad jego przemianą, kiedy zastanawiamy się nad plagami narodowymi, kiedy bolejemy nad własnym błędem i grzechem, kiedy bolejemy nad grzechami tych, którzy też błądzą, bo nie wiedzą – słyszymy o cudzie Przemienienia. Jeszcze raz roztacza nam Kościół przed oczyma misterium Jezusa. „Kto mnie widzi, widzi i Ojca” (por. J 14, 9). Właśnie dzięki patrzeniu na Jezusa Chrystusa odkrywamy odpowiedź na pytanie: kim jest Bóg i gdzie jest Bóg. „Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie” (J 14, 10).
Objawiając nam na Taborze chwałę Syna, Jezusa Chrystusa, Bóg objawia się więc jako Ojciec, jako Syn i jako Duch Święty. I to jest właśnie odpowiedź na owo pytanie rzucane przez małe dzieci swoim rodzicom: byłoby dobrze, gdyby one, dzieci, widziały obraz Boga w przemienieniu rodziców, którzy świadomie weszli w to centralne misterium chrześcijańskie. By nie musiały – mówiąc paradoksalnie – chodzić nawet na lekcje katechizmu, tylko żeby czytały w ich twarzach żywy obraz Boga. Ale tak nie jest. I dlatego w życiu jedni idą na szczyt, drudzy schodzą na niziny.
Jest Wielki Post. Zatrzymujemy się w tym szybkim pochodzie życia, przychodzimy na rekolekcje, zadajemy pytania: którędy idziemy? (my! Zostawmy teraz „ich” i zajmijmy się sobą), czy idziemy w górę, czy idziemy w dół?
Oto wskazówka: Przemienienie Chrystusa na Taborze to nie tylko jakiś fakt, wydarzenie, teofania, objawienie się Boga dwa tysiące lat temu. Przemienienie Chrystusa, Tabor, jest w każdej Mszy świętej, gdzie jest uwielbiony i przemieniony Bóg!
A my dziś? Albo jak ci Trzej, którzy wiedzą, albo jak ci trzej, którzy jeszcze uciekają i drżą, i nic nie wiedzą. Co za wielka tajemnica wiary! I jak bardzo tędy trzeba szukać dróg, które prowadzą na szczyty! A kto nie idzie na szczyty, nie dziw, że idzie tam, gdzie najłatwiej. Albo tam, gdzie – jak poprzez alkohol – tworzy się miraże, fatamorgany, zwidy, które dają tylko chwilowe poczucie sensu w bezsensie.
Ks. Bp Wacław Świerzawski
"Pan jest dla nas" - 1987
|